Rozdział 1
Sara miała szczęście. Mogła przycupnąć przy wolnym stoliku tuż obok witryny w oczekiwaniu na zamówienie. O tej porze to wręcz zakrawało na cud.
W tej części miasta po ósmej rano każda biurwa, “przynieś–podaj”, korposzczur i menedżer jakiegokolwiek stopnia, obowiązkowo chciał uraczyć się sojowym latte lub macchiato. Tudzież czymkolwiek z nieskończonej listy kawo-podobnych mieszanek, która akurat była na topie, akceptowalna w kręgu wtajemniczonych. Każdego ranka zatem ta serwująca mentalne i motywacyjne startery w kubkach placówka przeżywała istne oblężenie wciśniętych w garsonki i garnitury ambitnych, młodych ludzi w drodze na szczyt.
Niczym na wiejskim odpuście w dzień patrona po głównej mszy, harmider kupujących zlewał się w bełkotliwy zgiełk rozmów, krzyków, chrząknięć, sapnięć i ogólnego small talk`u.
Sara nie zamówiła niczego kawo-podobnego. Zwłaszcza po godzinie na siłowni. W przeciwieństwie do tej kwasiury, jak zwykła kwitować chemiczne koktajle serwowane w takich miejscach, wolała coś bardziej orzeźwiającego i naturalnego. Coś tak niespotykanego, że obsługa tego przybytku, otępiona milionem twarzy, tysiącami blików, kilometrami drukowanych paragonów, zapamiętała właśnie ją. Zdumiewające, ale wystarczyło po prostu zamówić coś innego niż wszyscy. Ironia – pomyślała. – Każdy uważa się za wyjątkowego, ale jednocześnie wszyscy zamawiają to samo.
Westchnęła i rzuciła spojrzenie na ulicę. Za szybą miasto przyspieszało. Jakby pobudzone apetytem rodzącego się dnia, nabierało smaku na więcej. Betonowa dżungla karmiła się aspiracjami odżywiających się wyłącznie sojowym latte, dedlajnami i asapami straceńców. Ale najchętniej pożerała pompowane ambicjami marzenia, które tylko dawały pozór realnych.
Po trupach do celu… – przypomniała sobie maksymę swojego poprzedniego menedżera. – Po trupach na sam szczyt.
– Sara!? – rozległ się krzyk od kontuaru. Wstała i rozpychając się łokciami, niczym w najmodniejszym klubie nocnym w sobotnią noc, przecisnęła się do blatu. Uwijający się jak w ukropie barista podał jej kubek i uśmiechnął prowokacyjnie. Nie była pewna skąd ten gest sympatii. A może, jak mawiała jej przyjaciółka, po prostu mu się spodobała?
Prozaiczne i puste?
Może…
Ale miłe.
Pracowała na ten efekt.
Chwyciła kubek z sorbetem i odwzajemniła uśmiech. Na piegowatą twarz młodzieńca wpełzł rumieniec. Czyli jednak mu się podobam – pomyślała z satysfakcją i natychmiast następującym po niej ukłuciem poczucia winy.
Wyjście z przybytku okazało się niełatwą sprawą. Zwłaszcza z pełnym kubkiem. Po raz tysięczny zastanawiała się, dlaczego nie wyśle po napój swojej asystentki. Albo kogoś z podwładnych.
W końcu znalazła się na chodniku. Natychmiast oślepiło ją lipcowe słońce. Nakładając w pośpiechu okulary przeciwsłoneczne przeszła kilka kroków w kierunku przejścia dla pieszych. Nagle poczuła szturchnięcie w lewe ramię. Nie zwalniając kroku odwróciła się w tę stronę, ale w tłumie nie znalazła winnego zajścia. Kolejny krok, okulary, dzwoniący telefon i… przeraźliwy pisk opon.
To był odruch. Ciało wpompowało w nią narkotyczną dawkę adrenaliny, a reszta zadziała się sama. Sara podskoczyła przerażona. To groteskowe i dramatyczne jednocześnie działanie miało na celu natychmiast cofnąć ją na bezpieczny chodnik. Zamiast tego, oślepiona słońcem i rozkojarzona zbliżającym się z jej lewej strony samochodem, wykonała wygibas, który w rezultacie skończył się całkowita klęską. Upadła na asfalt, oblewając się mrożonym sorbetem.
Zimny napój natychmiast przesiąkł przez bluzkę i stanik. Wstrząsnęło nią, jakby nagle wpadła do przerębla.
Uniosła ręce w groteskowym geście obrony, gdy kilkanaście centymetrów przed nią zatrzymał się zderzak auta. Silnik syczał z gorąca.
Było blisko…
Sara sapała głośno. Na razie nie przejmowała się tym, że prawdopodobnie zrobiła z siebie pośmiewisko. Ani tym, że wygląda, jak fleja. Spojrzała na piersi. No tak. I jeszcze miss mokrego podkoszulka. Cycki pierwsza klasa – pomyślała – ale marna to pociecha, skoro właśnie idę do biura.
– Kurwa mać! – zaklęła siarczyście i spróbowała się podnieść. Nikt nie pospieszył z pomocą. Trudno być w dzisiejszych czasach pomocnym, gdy jedną ręką trzeba trzymać telefon z włączoną kamerą. Cholera jasna – zaklęła w myślach. Wiedziała, że zanim dojdzie do biura, sława niesiona przez media społecznościowe ją wyprzedzi.
Podniosła się i wyprostowała. Co mogła zrobić? Mleko już się rozlało. Trzeba było minimalizować straty. Niech chociaż końcówka rolki na fejsie pokaże, że potrafi z takiego wydarzenia wyjść z twarzą.
Od strony kierowcy otworzyły się drzwi. Sara od razu dostrzegła, że przez nieuważność wtargnęła pod koła auta, którego nie widuje się na polskich drogach każdego dnia.
Przeczuwając, że takimi wózkami wozi się tylko szlachta, mająca takich maluczkich jak ona za plankton, dostanie się jej zaraz soczysty opierdol, że ślepa, albo głupia. Albo jedno i drugie. Doskonały materiał na TikToka.
– Czy wszystko z panią w porządku? – usłyszała zamiast oczekiwanej wiązanki pytanie odzianego w elegancki uniform szofera. Zaskoczona, zamiast odpowiedzieć, zastanowiła się, kim jest ten, kto wozi się taką bryką i ma tak dystyngowanego kierowcę? Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Drzwi od strony pasażera otworzyły się i wysiadł z nich mężczyzna – tego już na pierwszy rzut oka Sara była pewna – idealny.
Istnieją pewne typy postaci, które zakorzenione w zbiorowej jaźni można by uznać za archetypiczne. Wzorcowe wręcz. Wiadomo przecież, jak wygląda menel. Łatwo wyobrazić sobie oszusta, złodzieja czy polityka. Często zresztą to ta sama postać. Bez trudu na ekranie wyobraźni wyświetli się obraz typowego Janusza Polaka: podstarzały, wyłysiały „wujek”, dźwigający przed sobą opięty w podkoszulek duży mięsień piwny, z wąsem, kiepskim żartem, reklamówką z Biedry i klapkami Kubota naciągniętymi na białe skarpetki. Nawet postaci fantastyczne mają swój odpowiednik w popkulturze. Choćby postać Elfa: wiemy, jak wygląda. A Krasnoluda? Ufoludka?
To samo tyczy się mężczyzn z władzą, pieniędzmi, pewnością siebie i drapieżnym podejściem do interesów. Takich, którzy nie czekają na sprzyjające okoliczności, lecz sami je tworzą. Którzy nie zarabiają pieniędzy, lecz je pomnażają. Magnetycznych, ale władczych. Opiekuńczych, lecz terytorialnych. Czułych, chociaż stanowczych. Mężczyzn, którzy mogą mieć dowolną kobietę i często z tego przywileju korzystają. Osobników, którzy pomimo tego, że nie wiążą się z żadną kobietą, tylko je rżną – to właśnie tym kobietom na widok takiego samca alfa miękną serca, uginają się kolana i wilgotnieją cipki.
Taki mężczyzna pojawił się właśnie przed Sarą. Wciągnęła powietrze, jakby dostała ataku dusznicy. To było silniejsze, niż potencjalne zderzenie z samochodem.
Stanął przed nią smukły, doskonale zbudowany facet po trzydziestce. Ubrany w idealnie skrojony garnitur, co fachowym okiem potrafiła od razu dostrzec i docenić. Starannie zadbany zarost z pewnością wyszedł spod brzytwy najlepszego barbera. Nic jednak w tym wizerunku nie było z lalusia. Zero pedancika. Każdy element, detal i gest podkreślał jedno: władzę i pieniądze.
Mężczyzna podniósł rękę i, niczym James Bond, poprawił mankiet. Spinka błysnęła złotem. Pretensjonalne? Może. Ale czy robiło wrażenie? Bezwzględnie. Stał tam i świdrował ją spojrzeniem tak bezczelnym, a jednocześnie pełnym zaciekawienia, że aż nie wiedziała, czy poczuć się urażona, czy połechtana.
Od razu to wyczuła. Znała to z siłowni, po których paradowała w obcisłych legginsach – wzrok facetów lustrujących potajemnie jej uda, łydki i pośladki. Samcze obczajanie jej figury, wypracowanej w pocie czoła i na morderczej diecie.
Lubiła te momenty. Owszem, miała męża, którego kochała. Wiedziała, gdzie postawione są granice zdrady, ale, cholera, miło było poczuć się pociągającą. Czuć się pożądaną, choćby w tak prymitywny sposób. W domu tego nie miała. Mężowi dawno już się znudziła, a przecież nie skończyła jeszcze trzydziestki. Do starości zanudzi się na śmierć.
Tłumiła więc wyrzuty sumienia i racjonalizowała, że to normalne. Na siłowni można i trzeba się tak ubierać. Dla wygody. A że przy okazji eksponowała trochę ciała? To efekt uboczny. Czuła się całkowicie usprawiedliwiona, że kusiła facetów. Że generowała w nich grzeszne myśli. Zakazane pragnienia.
Płytkie? Może. Pociągające? Zdecydowanie.
Podnoszące wartość?
Jak cholera!
Ale teraz? Tym razem było zupełnie inaczej.
W przeciwieństwie do ukradkowych spojrzeń bojących się własnego cienia facetów na siłowni, mężczyzna przed nią w ogóle nie krył się z tym, JAK na nią patrzy.
Speszona skuliła się w sobie, czując przeszywający i oceniający wzrok. Miał on jakąś trudną do opisania moc. Tam, gdzie ten facet ogniskował spojrzenie, tam właśnie zaczynało ją łaskotać. Lub palić.
Teraz czuła, że skoncentrował swój wzrok na jej piersiach. Tak. Zdecydowanie. Sutki stwardniały jeszcze bardziej, jakby próbowały przebić materiał sportowego stanika i bluzki. Była świadoma, że tym razem te dwie półkule kształtnych piersi nie dodają jej pewności siebie, ani nie podbudowują jej ego. Cieszą oko tego, który się na nie gapi. Przed tym mężczyzną równie dobrze mogłaby stanąć nago.
Boże, czy ja to pomyślałam? – złapała się na tym ze wstydem.
Wzrok milczącego mężczyzny zaczął wędrować. Zahaczył najpierw o prawy sutek, zatoczył koło pod piersią, liznął uwagą sutek drugi, doskonale wyeksponowany w ostrym słońcu i zaczął zsuwać się niżej.
Te kilka chwil zaledwie rozciągnęło się w czasie tak bardzo, że Sara zdążyła przejść przez całą paletę emocji. Od zaskoczenia i strachu poprzez ulgę, zaciekawienie, wdzięczność, szok i oburzenie, by skończyć na emocji, której nie potrafiła nazwać. Emocji, która zrodziła się dokładnie w chwili, gdy nieznajomy wpatrywał się w jej zmoczone krocze. Zacisnęła uda. Głupi pomysł – pomyślała. – Przecież on tylko patrzy.
Ale JAK patrzy…
Bezczelnie. Świadomie. Prowokacyjnie. Ale nie nachalnie.
I zdecydowanie zależało mu na tym, by ona zdawała sobie z tego sprawę. Jak łania patrząca w oczy wilka przed atakiem. Jak ofiara odkrywająca obecność drapieżnika, świadoma tego, że nie ma żadnej drogi ucieczki.
Mężczyzna poprawił okulary i uśmiechnął się z zadowoleniem.
Wkurwiło ją to. Zacisnęła wargi i spojrzała na niego, siląc się na pozorowaną bezczelność. Natychmiast poczuła, że dokładnie o to mu chodziło. Chciał, by się wściekła. To był jego cel.
Patrzył w jej oczy. Nie mrugał. Świdrował jej wnętrze, jakby czegoś szukał. Jakichś odpowiedzi na niezadane pytania. Nie znalazł wejścia przez bezczelne gapienie się na piersi. Nie udało mu się z prowokacyjnym wpatrywaniem w krocze. Ale nie poddał się. Badał i sondował. W końcu znalazł to, czego szukał. W jej spojrzeniu.
Dla niej to było bez porównania intensywniejsze od obłapiania wzrokiem jej stref erogennych.
Patrzył w jej oczy. Bez słowa. A ona spojrzała w jego.
I przepadła.
Bywa, że pomiędzy ludźmi dekad braknie, by się ze sobą dogadali, ale zdarza się, raz na milion może lat, że pojawią się takie rzadkie momenty, ulotne, jak wybuchy supernowej, które w jednym spojrzeniu przekażą całą esencję tego, co znaczy wszystko między dwojgiem ludzi.
Sara poczuła, że kręci się jej w głowie. Odwróciła wzrok niczym spłoszona gazela. I chociaż oblała się mrożonym napojem, zdecydowanie nie chłód teraz czuła. To było coś… coś takiego, co mogłoby rozpalić nowe gwiazdy.
Rozważania te zakończył właśnie ten, który bez żadnego słowa przejął całą inicjatywę i sprawczość. Zniknął we wnętrzu auta, zatrzasnął drzwi i oddalił się z cichym pomrukiem silnika.
Pozostała po nim wyrwa w sercu i świadomość, że oto dla Sary narodziło się coś, czego szukać będzie już zawsze.
Coś, co pachniało niespełnionym pragnieniem. Czymś, co ściśnięte w kajdanach zasad, moralności, kościelnych nauk i przysiąg wierności będzie ją odtąd palić niczym rozżarzone żelazo.
Dochodziła ósma dwadzieścia.
Otrząsnęła się z rozmyślań i – oszukując samą siebie, że do niczego nie doszło – udała się w kierunku redakcji.



Zostaw komentarz