Rozdział 4
To był dla Sary wyczerpujący dzień. Fuzja wydawnictwa. Strach o przyszłość. Niepewność jutra. Przecież nie wiadomo, jakie decyzje podejmie nowy szef lub zarząd.
Ale też nie mogła wyzbyć się innych powracających obrazów, które paliły jej obudzoną tęsknotę za czymś egzotycznym i zakazanym.
Maserati. Tajemniczy mężczyzna w doskonale skrojonym garniturze. Jego obłapiające żądzą spojrzenie, ślizgające się po jej mokrych piersiach i wyprężonych sutkach. Szatnia wypełniona nagimi mężczyznami. Ich piękne penisy. I ukradkowa pieszczota w korytarzu.
Zaczęły nachodzić ją fantazje. Te, które niechciane, same wyświetlają się na ekranie wyobraźni i pobudzają tak, że aż robi się mokro między nogami.
A przecież wiedziała, że nikt nie zaspokoi jej pragnień. Nikt. To zresztą niedopuszczalne. To grzech. Coś złego.
Włożyła resztę naczyń do zmywarki i uruchomiła program. Jej mąż, najedzony po kolacji, oglądał wiadomości sportowe. To było jedyne, co go ze sportem łączyło. Jeszcze godzina czy dwie przed ekranem i uderzy w kimono. Przyodziany w tę swoją aseksualną piżamę nakryje się kołdrą, odwróci plecami i po minucie zacznie chrapać.
A ona? Po raz kolejny zostanie sama z tym, co domagać się będzie ukojenia. Godziny wpatrywania w ciemność. Fantazje, perwersja, dłoń między nogami.
No ale przecież nikt nie jest idealny, prawda? A jej mąż, powtarzała to sobie każdego dnia, to porządny, ułożony i bogobojny człowiek. Solidny, troskliwy, lojalny.
I coraz bardziej – co ze wstydem zaczynała dostrzegać – nudny.
Jednak, pomimo tego jak bardzo różnili się charakterami i temperamentem, Sara czuła, że na jakimś tam poziomie pasują do siebie. Andrzej, zaledwie dwa lata starszy od niej, od początku ich małżeństwa nie przejawiał predyspozycji do eksperymentów łóżkowych. Był jednym z tych oziębłych facetów, którzy seks traktują jak obowiązek. Wyniósł to z kościoła. Czasem nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to był dla niego przymus. Spełnienie obowiązku małżeńskiego. Robił to niechętnie, ponieważ, jak mawiała “Księga”, współżycie powinno prowadzić do prokreacji. A w ich przypadku nie mogło być o tym mowy. I gdyby nie popęd oraz dyktowany instynktem imperatyw, była pewna, że nawet by jej nie dotknął.
Przykre, ale wiedziała, że wylądowałaby w strefie friendzone. Widziała takie pary. Żyją ze sobą, ale śpią osobno. Nie uprawiają seksu i nie ma pomiędzy nimi żadnej chemii. Łączą ich wyłącznie zobowiązania. Ale, cholera, to byli ludzie na emeryturze! A ona nie skończyła jeszcze trzydziestki!
Jednak biologia miała w poważaniu filozofie, religie i przekonania. Andrzej odpalał się raz, dwa razy w miesiącu. A Sara coraz częściej dostawała ostrej kurwicy, że jest traktowana, jak narzędzie do zaspokojenia potrzeb męża. To, że nie podnieca go jako kobieta, lecz jedynie widzi w niej „dziurkę do ciupciania”, wywoływało w niej pogardę do siebie samej.
Czuła, że to upokarzające. Jednak nie była pewna, czy to źle. Może tak miało być? Może rolą żony było raz na jakiś czas rozłożyć nogi i dać sobie włożyć? Jakoś te trzy minuty można wytrzymać. To nic takiego. Małe poświęcenie na ołtarzu wspólnego, dobrego pożycia i zgody.
Ale trzy minuty to sto osiemdziesiąt sekund pogardy do siebie samej. A ta z każdym pchnięciem i sapnięciem rośnie oraz kwasi samoocenę.
Tym razem nie było inaczej. Ten sam rytuał: toaleta, mycie zębów, piżama, kapcie i łóżko. Jako zapowiedź „seksu”, dał jej całusa na dobranoc. Znała to dobrze. Sygnał, że jej męża naszła ochota na spółkowanie. Specjalnie nie nazywała tego seksem. A już tym bardziej uprawianiem miłości.
Miała rację co do jego intencji. Gdy tylko zgasił lampę, zaczął nieporadnie się do niej dobierać. Sara westchnęła znudzona. Na wiele rzeczy mogła mieć teraz ochotę, ale z pewnością nie na to.
No trudno – pomyślała – trzeba połknąć tę żabę.
Przyspieszyła wszystko i nadstawiła się do niego. Wyczuła, że ma erekcję. Niepełną, ale umożliwiającą. Wystarczy – pomyślała i zaczęła się obracać. Ponieważ jej mąż akceptował wyłącznie pozycje dopuszczone przez kanon, położyła się na plecach, rozłożyła nogi i pozwoliła mu się na siebie wgramolić. Zaczął całować ją w usta. Wyczuła smak pasty do zębów i płynu do płukania ust. Intensywny, miętowy. Jakby całowała mentosa.
Andrzej boćkał ją członkiem i próbował trafić w sedno. Nieporadnie mu to szło, ponieważ Sara miała na sobie figi. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że może być w bieliźnie. Głupi nie był, co to to nie, ale gdy się podniecał – wyłączał myślenie.
Ciekawe, czy u innych facetów też tak jest – zastanowiła się.
Ulitowała się nad nim i odsunęła fragment bielizny. Akurat ten, który tak dzielnie bronił dostępu do jej dawno utraconej cnoty. Piczka stała otworem, by spełnić swój obowiązek. Po chwili na wejściu do pochwy wyczuła jako tako twardawego członka, który próbował siłą wtargnąć do jej wnętrza.
Zasyczała z bólu. Andrzej musiał to odebrać, jako odgłos podniecenia, bowiem naparł mocniej.
– Zaczekaj chwilę – powiedziała cicho, starając się nie okazać dyskomfortu, spowodowanego wpychaniem członka do nienawilżonej pochwy.
Pośliniła palce i nakierował dłoń w dół, pomiędzy ich ciała. Była sucha. Nic dziwnego. Ale po chwili, z niemałym trudem, sapaniem i determinacją, członek znalazł się w jej wnętrzu.
Jak droga przez mękę.
Mógłby się chociaż odezwać – pomyślała z goryczą. – Powiedzieć, że jestem piękna. Że go podniecam. Że chce się ze mną kochać. Albo pieprzyć.
Rozmyślania przerwały rytmiczne odgłosy skrzypienia łóżka. Sara odliczała w myślach. Obstawiała sto dwadzieścia, ale równie dobrze mógł dać z siebie więcej i zafundować jej przygodę na sto osiemdziesiąt trzy ruchy. Rekord dotąd niepobity.
Łóżko skrzypiało.
Dlaczego on tego nie naprawi? – pomyślała. – Przecież wystarczy skręcić śruby mocujące nogi. Chyba ta od strony okna się poluzowała. Albo skleić ramę? Ciekawe gdzie znajdę śrubokręt? Albo klej? Zaraz, do drewna to Vikol? Chyba tak. Powinien dobrze trzymać. Może w następnym miesiącu dokręcę sama te śruby?
Łóżko skrzypiało coraz szybciej. Sara czuła, że zbliża się kulminacja.
Gdyby jednocześnie skleić i skręcić, to na bank łóżko nigdy by już nie zaskrzypiało.
Tylko że to by było złe – pomyślała – to źle, gdy łóżko nigdy nie skrzypi. W małżeństwie, partnerstwie i wspólnym pożyciu łóżko powinno skrzypieć. Powinno się raz na rok połamać, roztrzaskać w drzazgi. We wrzasku nieziemskiej rozkoszy, która odbiera rozum i budzi zwierzęcą dzikość, powinno rozpaść się na kawałki. A kochankowie obowiązkowo przybić sobie piątkę i rechotać z tego wyczynu. Oraz być dumni ze swojego osiągnięcia. Połamane łóżko to trofeum cudownego seksu.
Skrzypienie ustało. Nagle. Doliczyła do stu trzech. Słabo. Chyba, bo straciła rachubę. Andrzej znieruchomiał i wpompował w jej pochwę kilka porcji nasienia.
Zajebiście – pomyślała gorzko. – Nie założył gumki. Teraz muszę to posprzątać.
Zaspokojony mąż wyjął sflaczałego penisa. Pocałował ją w najgorsze miejsce, które można ucałować po stosunku – w czoło, po czym odwrócił się na bok, plecami do niej. Po minucie, jak się tego spodziewała, Sara usłyszała chrapanie.
Tak oto zdobywca zdobył, co było do zdobycia i ze zdobycznym trofeum zdobył się na… odpoczynek.
Zasłużony, cholera – pomyślała gorzko.
Wstała z łóżka. Wiedziała, że Andrzej po takim morderczym wysiłku i tak się nie obudzi. Zaciskając uda, z dłonią na kroczu, żeby nie zachlapać podłogi, poczłapała do łazienki. Usiadła na sedesie, czekając, aż wypłyną z niej resztki nasienia. Niby to tylko kilka kropli, ale i tak problem ze sprzątaniem.
Podniosła upaćkaną spermą dłoń. Śliska i błyszcząca ręka lepiła się od wydzieliny jej i męża. Nie brzydziła się. Żałowała, że jest jej tak mało. Że nigdy nie tryskał na jej piersi. Nie pozwolił sobie zrobić dobrze ustami. Nigdy nie rozsmarował swojego soku na jej pośladkach, by następnie trzasnąć ją otwarta dłonią w wypiętą dupę tak, by aż zapiszczała, niczym napalona kotka.
Tymczasem… Sara już przestawała powoli chcieć czegoś więcej. Nadzieja powoli usychała. Ten sam facet do końca życia?
Czy to ma być seks?
Patrzyła na klejącą się dłoń. Czy życie już zawsze ma tak wyglądać?
Rozpłakała się gorzko. Łzy spływały po jej policzkach. Były słone. Otarła je lepką dłonią. Poczuła po chwili inny smak. Smak jej mężczyzny wymieszany ze łzami.
Jej łzami.
A może to właśnie była odpowiedź?



Zostaw komentarz