Rozdział 9
Nie zgadzam się! – To była pierwsza myśl, jaka ją zaatakowała, gdy tylko zrozumiała treść zawartych w teczce akt. – Za żadne skarby! To jakieś szaleństwo!
Tę wewnętrzną walkę prowadziła ze sobą już piąty raz w ciągu ostatnich dwóch dni. A nazajutrz musiała dać odpowiedź.
Od piątkowego wieczoru nie zmieniło się za wiele. Nie posunęła się o krok w podjęciu decyzji.
* * *
Po powrocie do domu nie od razu wzięła się za otwarcie teczki. Nie chciała tego robić “przy okazji”, jedząc schabowego albo, co gorsza – siedząc na sedesie. Zapoznanie się z nowym zadaniem, które miało zmienić bieg jej kariery, wymagało zabiegów, jak do pierwszej randki z najprzystojniejszym chłopakiem ze szkoły. Pragnęła cieszyć się każdą chwilą przygotowań. Czy zachowywała się dziwnie? Jakaś część jej samej podpowiadała, że faktycznie to lekko dziecinne. Zgasiła wewnętrznego krytyka pytając; czy często dostaje się taką szansę od losu? I czy nie należy się tym cieszyć?
I czy w ogóle to tak naprawdę może by się łaskawie odpierdolił?
Do celebracji zapoznania się z jej nową zawodową szansą usiadła wieczorem. Po miłej kolacji z mężem. Andrzej odczytał bezbłędnie jej podekscytowanie. Na jego szczere i troskliwe pytanie, dała wymijającą i kłamliwą odpowiedź. Oczywiście, że mu wszystko opowie, ale prawo pierwszeństwa należało do niej.
Wieczorem usiadła w gabinecie. Z lampką wina. Mąż, co tym razem jej nie przeszkadzało – zajął się przeżywaniem jakiegoś meczu siatkówki.
Są takie chwile w życiu, które potrafią zagotować od środka. Wywołać gilgotki. Rozpalić emocje napędzane oczekiwaniem, radością i absolutnie niemożliwym do opanowania uczuciem szczęścia. Tak, jak małe dziecko czeka na Gwiazdkę. I to uczucie, gdy wymarzony prezent trzyma się w rękach. Tuż przed rozpakowaniem. Jakby się samego pana Boga złapało za nogi. Trzymając się tych biblijnych metafor, które Sarze były tak bliskie, właśnie to wydarzenie, ta konkretna, krótka chwila, trwająca moment zaledwie, miały dla niej większą wartość, niż rozstąpienie Morza Czerwonego, zburzenie Wieży Babel, albo przemienienie wody w wino.
Sara! Dość! – przywołała się do porządku, zdając sobie sprawę z tego, że bluźni. Przypomniała sobie największy wyczyn, nieosiągalny cud, którego dewaluować nie miała prawa. – Nic nie jest większe, niż przemienienie wody w wino. Opanuj się dziewczyno.
Na potwierdzenie tych przemyśleń umoczyła usta w burgundowym trunku, po czym, wstrzymując oddech – otworzyła akta i, niczym wygłodniały od miesiąca zając pałaszujący soczystą marchewkę, zanurzyła się w lekturze.
W miarę czytania wyszło od razu kilka kwestii. Pierwszą z nich była ta, że zamiast otrzymywać konkretne dane i odpowiedzi, dostawała coraz więcej pytań i niejasności. Kolejna sprawa? To, co wyczytała na kartkach i fotografiach wydawało się tak absurdalne, że aż podejrzewała szefową o kiepski żart.
Zamyśliła się nad tym podejrzeniem. Romilczak znana była z wielu rzeczy, cech i upodobań. Jednak nie z poczucia humoru.
Czyli nie żart – rozmyślała dalej. – To może pomyłka?
Te się zdarzają. Nawet te złośliwe.
W końcu zamknęła teczkę. Wino straciło swój smak. Rubinowy bukiet Toskanii, wyciśnięty z wyrosłych na zboczu gron, karmionych południowym Słońcem, tak wykwintny i magiczny, przemienił się w kwaśny bełt. Przemienienie – pomyślała – cholera by to!
Wstała i udała się do salonu. Mecz siatkówki trwał w najlepsze. Jej mąż przeżywał spektakl, który Sarze kojarzył się ze skaczącymi w stadzie spanielami po dwóch stronach płotu. Nie chciała mu przeszkadzać, ale nie miała wyjścia. Potrzebowała rady kogoś zaufanego. Teraz. Musiała uzyskać odpowiedź na bardzo ważne pytanie, które w tej chwili, po tych wszystkich informacjach, rozsadzało jej czaszkę. Postanowiła o tego towarzysza w trudnych chwilach się upomnieć.
– Mamy gdzieś wódkę? – rzuciła tak poważnie, że Andrzej prawie oderwał wzrok od telewizora. Był jednak prawie pewien, że się przesłyszał.
– Czego potrzebujesz, kochanie? – zapytał i od razu rzucił polisę ubezpieczeniową. – Już prawie koniec meczu.
– Andrzej… – powiedziała to jednym z “tych” głosów, które mrożą facetom krew w żyłach i z przerażenia podnoszą włosy na plecach. To był ton, który sprawiał, że nie miał wyboru. Musiał się podporządkować.
Zresztą – pomyślała usprawiedliwiając samą siebie – sytuacja jest poważna.
Odwrócił się do niej. Był skołowany. Spojrzał w jej oczy i natychmiast podjął działanie.
Wstał i bez słowa wyszedł z salonu.
Sara stała na progu z rozdziawionymi ustami. Jego zachowanie było tak absurdalne, że… A nie! – spostrzegła. – Już wraca.
Niósł w jednej ręce butelkę a w drugiej szklanki. Chociaż do wódki pasowały kieliszki, doskonale odczytał jej potrzebę. Jak porządny przyjaciel – wziął większe, dostojniejsze miarki. Rżnięty kryształ, który kupili podczas miesiąca miodowego w Turcji.
Usiadł na sofie i wyłączył telewizor. Sara z rozczuleniem zauważyła, że mecz nie dobiegł końca. U jej męża uaktywnił się protokół ochrony i troski. Kochała go między innymi za to.
– Co się dzieje? – zapytał i nalał przezroczystego płynu do szklanek.
Sara usiadła obok niego. Poczuła się tak ciężka. Tak przytłoczona. Tym wszystkim. Tym, co na nią spadło. O co sama się prosiła.
Ale, do jasnej cholery – pomyślała i wyciągnęła rękę po trunek – o to na pewno się nie prosiłam.
Mimo ciszy, która zaległa pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, Andrzej nie naciskał i nie ponaglał. Dawał jej przestrzeń. Sara umoczyła usta i pociągnęła gorzki łyk. Wódka paliła jej gardło i przełyk. Po chwili ciepłem rozlała się w brzuchu. Fajnie.
Świadoma, że oto zaczął się proces dostarczania wyzwalacza do krwiobiegu, przytuliła się do swojego mężczyzny, ale nie odezwała słowem. Zamknęła oczy i przyjęła delikatne głaskanie po głowie.
Poczuła się tak dobrze. Tak bezpiecznie. Otoczona ramionami westchnęła ciężko. I chociaż wiedziała, że to tylko placebo, poczuła że alkohol już działa.
– Mam sprawę w pracy – wypaliła nagle. – Trudną.
– Rozumiem – odpowiedział po chwili – może o tym opowiesz?
Sara czuła, że czasami jest hipokrytką. To był jeden z tych momentów. Z jednej strony fantazjowała o tym, żeby jej facet dał jej powód do szybszego bicia serca, rozpalonych przygodą emocji. Marzyła skrycie o zakazanej lub ryzykownej grze. Chciała pewnego siebie samca, który zamiast całusa w czoło po byle jakiej kopulacji, ściśnie ją w pasie i odbierze resztki oddechu pocałunkiem, który oznaczać będzie bez cienia wątpliwości, że dopiero z nią zaczął i za moment zabawi się ponownie. Ale tym razem mocniej. Tak, chciała, marzyła skrycie o kimś takim i karała się wyrzutami sumienia, że jej mąż taki nie jest. Jednak teraz potrzebowała kogoś wręcz przeciwnego. Przyjaciela, który ją wysłucha, otoczy troską, bezpieczeństwem i przede wszystkim nie będzie ani oceniał, ani doradzał. A już tym bardziej próbował naprawiać.
Andrzej taki właśnie był. Problem w tym, że cały czas. Cholera! – zaklęła w myślach i wtuliła się mocniej w niego.
Czy można mieć wszystko? Czy w ogóle wypada tego chcieć?
– To nic takiego – skłamała. Czuła, że nie powinna jeszcze mówić mu wszystkiego. – Muszę podjąć trudną decyzję w pracy. To wszystko.
Andrzej ucałował ją w skroń. Nie odezwał się słowem. Nie naciskał. Sara czuła jednak, że ta cisza ma już wyraźny ciężar. On zrozumiał, że jego kobieta ma problem i jak porządny mężczyzna, natychmiast włączył protokoły naprawy. Nie wyskoczył, rzecz jasna z żadnym pomysłem, ale jej milczenie wyraźnie budowało w nim napięcie.
– Burczy ci w brzuchu – odparła nagle z czapy. – Głodny jesteś?
– Przepraszam – rzucił natychmiast, chcąc również zamaskować krępującą ciszę. – Najadłem się bigosu pod korek i chyba to był błąd.
Sara parsknęła. Oto kwintesencja ich głębokiego zaufania do własnej relacji. Po coraz wyraźniejszych odgłosach dobywających się z brzucha jej męża domyśliła się, gdzie zapodziała się jej ulubiona kawowa maślanka, której nie mogła wcześniej znaleźć.
– Tylko nie mów, że popiłeś maślanką – uśmiechnęła się szeroko. Trzewia jej męża odpowiedziały gromkim przelewaniem i bulgotaniem. Andrzej nie musiał się już odzywać. Wszystko zostało powiedziane. Sara czuła, że mają niewiele czasu.
– Dostałam propozycję zmiany ścieżki kariery, ale to ryzykowne – wyznała w końcu. – Muszę to przemyśleć. To długi temat, Andrzej.
– Potrzebujesz jakiejś rady? – zapytał i powiercił się na sofie.
– Na razie nie – pogłaskała go czule po policzku. Wykrzywił się, lecz ona wiedziała, że to nie z powodu jej gestu.
To był bigos.
I maślanka.
Czas zaczął pożerać sekundy, które im zostały. Jej mąż był teraz niczym Etna przed erupcją. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że na pewno.
– Cokolwiek postanowisz – odpowiedział szybko – będę cię wspierał. I popieram każdy twój wybór.
Po tych słowach, jakby obawiając się, że Sara będzie kontynuować wątek – wstał.
– Przepraszam, muszę do toalety. Goni mnie ważna sprawa. Muszę coś załatwić.
– Powodzenia – uśmiechnęła się do niego. – Widzę, że to grubsza sprawa, faktycznie. Przesrane, co nie?
– Lepiej bym tego nie ujął, kochanie – rzucił i zamknął za sobą drzwi świątyni dumania.
Sara została sama ze swoimi myślami.
Podniosła szklankę i pociągnęła spory łyk wódki.
Przełknęła i poczuła nagły przypływ strachu.
Sięgnęła po teczkę.
Wyjęła plik zdjęć satelitarnych przedstawiających tajemniczą posiadłość w środku rozległego lasu. Rezydencja, co widoczne było nawet z kosmosu, otaczał rozległy teren ogrodzony murem. Po cieniu rzucanym przez promienie słońca wnioskowała, że wysokość tej bariery przekraczała ustawowe dwa metry dwadzieścia centymetrów. Kolejne ujęcie przedstawiało wykonaną z dystansu bramę wjazdową z najprawdziwszą budką strażniczą.
Kolejne zdjęcie. Niewyraźne. Z ogromnymi szumami i artefaktami. Jako ekspertka od fotografii od razu rozpoznała mocno przycięty kadr większego zdjęcia.
– CSI to wy nie jesteście – rzuciła cicho w przestrzeń.
Nie potrzebowała jednak magicznych sztuczek rodem z Hollywood, żeby zauważyć, że strażnik na zdjęciu miał długą broń.
Na myśl o tym, że mogłaby wpaść w jego łapy, przeszły jej ciarki po plecach.
Bała się. Tak. Ale nie strażników. To znaczy – ich również, rzecz jasna. Najbardziej niepokoiło ją samo zadanie.
Podniosła kartkę z wytycznymi i danymi misji.
Infiltracja, inwigilacja, działanie z ukrycia. Przy pełnej konspiracji.
Zdana tylko na siebie. Swój spryt, determinację i improwizację.
Jak niby ma tego dokonać? Jak ma się dostać do środka? W życiu się na to nie zgodzi.
Przechyliła szklankę i zobaczyła dno. Przełknęła. Czuła, że ma już w czubie. To nic. Dolała kolejną porcję alkoholu. Obraz zaczął już falować, ale myśli jeszcze były trzeźwe.
Przynajmniej tak się jej wydawało.
Zrezygnowana rozejrzała się po mieszkaniu. Cierpiała z powodu nudy i marazmu, fakt. Ale czy to coś złego? Czy to takie straszne mieć stabilizację? Normalność? Brak szargających nerwy przygód? Czy to źle?
Nie, nie zrobię tego – postanowiła i upiła kolejny łyk. – Chyba, że coś mi powie, żebym jednak tak. Może jakieś słowo od Boga? Święty znak? Albo od biedy chóry anielskie? Może coś doradzą?
Spojrzała w górę i wysłała cichą intencję do tego, w którego moc wierzyła.
Boże, daj mi jakiś znak – poprosiła szczerze z otwartym sercem. – Chcę to zrobić, ale tak się boję. Strach mnie paraliżuje, że nie dam rady i stracę pracę, pozycję, karierę. I pieniądze. Że dam dupy. O, przepraszam cię, panie Boże – wyraziła skruchę, że tak bezczelnie rzuciła dupą w bezpośredniej wiadomości do Najwyższego. – Proszę, daj mi jakiś znak. Co mam robić?
Niebiosa, jak to zwykle bywa, postanowiły nie podnosić słuchawki. Sara przeczuwała, że nikt również nie oddzwoni. Nic nowego. W siedzibie wszechmogącego raczej nie mieli nikogo do obsługi automatycznej sekretarki.
Sięgnęła po szklankę.
– Jebać to! – rzuciła. – Dobrze jest, jak jest. Po co psuć? Nuda mnie zabije, ale to lepsze, niż to – spojrzała na teczkę.
A co? Nie można żyć w marazmie, nudzie i nijako do końca życia?
Westchnęła. Wódka zdecydowanie nie była tym, co teraz napełniało ją największą goryczą.
W tym momencie mogłaby przysiąc, że wyczuła lekkie wibracje. Nie była pewna, czy to alkohol wprawia ją w drgania, czy też chóry anielskie postanowiły jednak oznajmić decyzję Szefa. Cokolwiek by to nie było, do jej uszu dobiegł śpiewny i spektakularnie wyrazisty rezultat czynności, które działy się za zamkniętymi drzwiami świątyni dumania. Najpierw usłyszała przepełniony cierpieniem jęk, niczym dobywający się z najbardziej kulminacyjnego momentu horroru. Chwilę później dobiegł soczysty, dźwięczący ze zmienną częstotliwością warkot gazowego wyrzutu z rozbryzgiem, który skontrapunktował pełen ulgi jęk Andrzeja. Etna przemówiła. Wyspiarze mają przesrane. Sycylię czeka zagłada. W duecie tego zaśpiewu zawtórował chlupot podobny do tego, który wydaje głaz wrzucony do jeziora i dodatkowo poczęstowany odgłosem rozlewania wiadra polewki na posadzkę z czerwonej cegły po rozbiórce powojennej kamienicy. Dźwięki tej trąby Jerychońskiej, zaczynające się w skali infradźwięków, które słyszą tylko słonie, na ultradźwiękach drażniących psi słuch kończąc – oznajmiły oratorium zastępów anielskich. Wygłoszona przez bigos i maślankę rota nieomylnie kojarzyła się z koncertem, który onegdaj zburzył mury Jerycha. Z przestrachem zanotowała, że chyba ściany mieszkania lekko drżą.
No to masz swoją odpowiedź, babo – przemknęło jej przez głowę. – Oto Bóg przemówił. Osobiście, dupą Andrzeja.
A może to wódka?
Zamyśliła się lekko zniesmaczona, no ale sama przecież nie była Jednorożcem. Wszystko, co ludzkie…
I nagle do niej dotarło!
No tak! To był ten znak! Z samego wychodka niebios! Widocznie właśnie tam teraz przebywał Gospodarz! I super, bo to jedyne miejsce, gdzie można w spokoju przejrzeć wiadomości.
Zrozumiała z całym oświeceniem, które na nią spłynęło, że jeżeli niczego nie zrobi, do końca życia czeka ją właśnie to, co działo się teraz za zamkniętymi i, na szczęście, w miarę szczelnymi drzwiami ubikacji.
Andrzej ponownie okazał się pomocny.
Prawdziwy przyjaciel. Do rany przyłóż. Złote chłopisko. Kochała go za to.
Z toalety dobiegło pierdzące potwierdzenie, jęk ulgi i rytmiczny warkot wentylatora, który – zupełnie, jak w postapokaliptycznej grze – odsysał toksyczne wyziewy i zieloną chmurą, niczym z atomowego grzyba – rozwiewał po okolicy.
Przynajmniej komary wybije – pomyślała śmiejąc się duchu. – I ptaki.
– A zresztą, srał pies – powiedziała już zdecydowanie i na głos. – Zrobię to! Dostałam okejkę z samej góry.



Zostaw komentarz