Chcę więcej kochanie

Chcę więcej kochanie – rozdział IV – cz. 1

Rozdział IV

 

Po wyjściu Rafała zrobiło się nagle pusto. Czuć było jego nieobecność. Jakby istota rzeczy opuściła pokoje. Ta świdrująca cisza wypełniająca pomieszczenie była dojmująca. Zwłaszcza po ekscytującej podróży, przyjeździe i cudownych chwilach spędzonych w pierwszych chwilach, zaraz po wejściu do apartamentu. Dopiero co przeżyte minuty zdawały się zanikać w otchłani upływającego czasu. Pozostawiły jednak po sobie niezatarty ślad rozkosznej ciepłoty, która tak miękko rozlewała się po sercu i okolicy tuż poniżej pępka.

Klaudia stanęła przed wielkim lustrem w przedpokoju i spojrzała na swoje odbicie.

– Jeszcze go kręcisz, dziewczyno – odezwała się do siebie samej. – Brawo. Masz jeszcze trochę w sobie „tego czegoś” – posłała odbiciu uśmiech.

Zadowolona z siebie podeszła do narożnika i sprawdziła komórkę. Mąż nie odpisał jeszcze na jej wiadomość, ale to nie było niczym niezwykłym. W pracy, lub za kółkiem, nie mógł jej od razu odpowiedzieć.

Zastanowiła się przez chwilę.

Cóż takiego miała zrobić? Ano tak. Zwiedzanie.

Rozejrzała się dokładniej po pomieszczeniu. Zaskoczyło ją to, że od razu nie zwróciła uwagi na przepych i luksus, w którym przyszło jej mieszkać przez najbliższe dwie noce. Obszerny salon, przeszklony od zachodniej strony karmił światłem pnące się zdrewniałymi łodygami aż pod sam sufit ogromne dębowce. Potężne, nawoskowane liście błyszczały ciemną zielenią. W ażurowym cieniu przepysznych hoi ulokowany był kącik do pracy. Biurko wraz z całym wyposażeniem. Zapewne tutaj Rafał spędzał pracowite poranki, południa i wieczory. Sama chciała by poprawiać tu klasówki. Na pewno oceny byłyby wyższe i nie stawiała by tylu pał. Za narożnikiem stał wspaniale komponujący się z wystrojem regał upakowany setkami tomów książek. Klaudia przeszła obok niego, głaszcząc woluminy. Poznawała dzieła klasyków, ale nie brakło współczesnej beletrystyki. Tojstoja, Halingera, Bułhakowa. Nie zabrakło dzieł Jane Austin, Conrada, Zajdla. I, co trochę ją zdziwiło, jej ulubionej pisarki. Z całej plejady autorów znała większość, chociaż musiała przed samą sobą przyznać, że nie czytała większości pozycji. A to miejsce aż zapraszało do zatopienia się w lekturze. Miała jednak przeczucie, że nie przyjechała tutaj, by nadrabiać braki w czytelnictwie.

Wyjęła bogato ilustrowaną fotosami biografię znanego aktora i zbliżyła twarz do zadrukowanych kart. Wciągnęła powietrze i poczuła zapach świeżej farby. Czyli ktoś uzupełnia biblioteczkę na bieżąco.

Za regałem pomieszczenie łamało się, chowając za aneks kuchenny, który, jak się okazało, stanowił zabudowaną wyspę odgrodzoną ścianką od drugiej części salonu. Po kilku krokach jej wzrok zatrzymał się na czymś, co sprawiło, że stanęła, jak wryta.

– O święty Perseuszu – źrenice rozszerzyły się, niczym po zaaplikowaniu atropiny. A nie było w tym nic dziwnego, ponieważ w tej części skomplikowanej bryły salonu pysznił się piękny, błyszczący fortepian. Odebrało jej mowę. Zatkało.

Powoli, celebrując każdy krok, podeszła do instrumentu i usiadła na krzesełku. Wyrównała poziom, kręcąc regulatorem. W końcu położyła dłonie na kolanach i pozwoliła, by wypełnił ją absolutny zachwyt. Tak dawno nie grała na fortepianie.

Podniosła wieko klawiatury, nad którą na czarnym froncie pysznił się dumnie napis: Yamaha. Ułożyła dłonie na klawiszach. Zawsze zachwycała ją ich doskonałość. Ułożone w harmonii, we wprawnych rękach wirtuoza potrafiły rozpalić każde serce, wywołać zachwyt lub gniew. Od razu usłyszała w głowie Petersona, Ellingtona, Komedę. Lub te najlepsze interpretacje klasyków. Tak. Wprawny pianista potrafił porywać miliony. Wlewać w serca słuchaczy uczucia i emocje, bez względu na to, w jakim języku mówił do swoich bliskich. Wpływ tego instrumentu na odbiorcę był niezmierzony. Znowu musiała przyznać, że natchniony pianista ma większy wpływ na ludzi, niż cała armia marketingowców z międzynarodowej korporacji.

Powróciła myślami do początków swojej kariery zawodowej, gdy na zdezelowanym pianinie przygrywała grupie dzieci piosenki o kotkach i chmurkach. Czasem o postaciach z książek. Bywały też hymny, kolędy i inne „szkolne” dzieła. Klaudia nie uważała się za wirtuoza, ale to nie przeszkadzało jej pozostać wierną fanką tego wspaniałego instrumentu. Co cztery lata, podczas konkursu Szopenowskiego miała wyjęty z życia prawie miesiąc. Gdy uczestnicy raczyli publiczność swoją interpretacją dzieł wybitnego polskiego kompozytora, przyrastała do sofy i nikt jej nie mógł nawet ruszyć. Wołami by jej nie odciągnięto od ekranu i muzyki. Przez prawie trzydzieści dni mogła tonąć w brudzie. Nie jeść. Nie myć się. Liczyła się wyłącznie muzyka. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby po finalnym koncercie podczas wstawania z sofy, pozrywała korzenie, które zdążyła przez ten miesiąc zapuścić. Po takim okresie nieobecności Rafał potrzebował porządnej terapii małżeńskiej. Jej zaniedbanie całej sfery życia było powodem kilku potężnych awantur, które wyrzucały ich związek na krawędź rozpadu. Rafał był na skraju wytrzymałości, zwłaszcza, że nie miał zamiaru konkurować z mistrzem Szopenem. Czuł się po prostu pominięty, odsunięty. Trochę, jakby – zdradzony. I ona, gdy tylko konkurs się skończył i wyłoniono laureatów, rozumiała to. Dostrzegała. Ale dopiero po wszystkim. Odbudowanie relacji kosztowało ją kwartał wytężonej pracy. I nie chodziło wcale o seks. Zresztą, Rafał i tak się do niej nie zbliżał, gdy wpadła w muzyczny amok. Wiedział, że jest w innym świecie. W innej rzeczywistości. I że nie jest do końca sobą. Jasne, że musiała to naprawić. To wymagało potężnej pracy i zaangażowania. Ale, już po wszystkim, uświadamiała sobie, że na nikim jej tak nie zależy, jak na Rafale i rodzinie, więc nie miała wyboru.

Powróciła do teraźniejszości i przykryła klawiaturę. Z dziwnym uczuciem szczęścia podeszła do narożnika, na którym jeszcze tak niedawno, a w tak odległym czasie, działo się tyle wyuzdanych rzeczy. Jej aktualny stan pozwalał jej spojrzeć na te wydarzenia z dystansu. Gdy tylko przypomniała sobie lubieżną wersję siebie, zaśmiała się do siebie samej.

– Cholercia – powiedziała na głos, kiwając głową – faktycznie wychodzi na to, że czasem zachowuję się jak rasowa kurwa. Brawo ja.

Na prawo od przeszklonej ściany, naprzeciwko narożnika zauważyła rozsuwane drzwi z mlecznego szkła. Ich lekki stopień zadymienia pozwolił dostrzec kontury pomieszczenia, które odgradzały od głównego salonu. Przez błyszczącą taflę niewyraźnie majaczyły elementy wyposażenia. Od razu domyśliła się, że to sypialnia. Przez szkło widziała zarys wielkiego łoża, chociaż większe szczegóły kradła mleczna struktura szyby.

Gdyby ktoś akurat uprawiał seks w tym łożu, pomyślała, miałabym wspaniały widok, który z braku szczegółów tylko podsycałby moją wyobraźnię.

Rozsunęła podwójne skrzydła i weszła do środka. Faktycznie, pośrodku na oko trzydziestometrowej sypialni, naprzeciwko wejścia, stało wielkie łoże. Nie łóżko. Nie jakieś tam wielkie łóżko, lecz prawdziwe łoże. Kwadratowy materac przypominał małe boisko do piłki nożnej. Lub, to skojarzenie przyszło od razu – do uprawiania innych dyscyplin. Na przykład zapasów. Na połaci przepastnego materaca zmieściło by się pół tuzina ludzi i nikomu nie byłoby ciasno. Chociaż (znowu ta wyobraźnia) chyba wszystkim akurat wtedy byłoby „bardzo ciasno”. Tak. Uśmiechnęła się i odwróciła.

  Rzeczywiście. Przy otwartych na całą szerokość drzwiach sypialni, ulokowany w sąsiednim pomieszczeniu na narożniku widz zostałby uraczony doskonałym przedstawieniem. A gdyby zgasić w salonie światło, widok byłby tym bardziej elektryzujący. Zwłaszcza, że główni aktorzy spektaklu mogli by nie wiedzieć, kto siedzi na widowni. Nawet pozostawienie lekkiej szpary pomiędzy niedomkniętymi skrzydłami pozwalało z tamtej perspektywy dostrzec naprawdę dużo. A gdyby domknąć szklane drzwi całkowicie i zapalić nad główną sceną światło, odbiorca widząc jedynie rozmyte sylwetki i przebieg całej akcji, z pewnością mógłby zwariować z podniecenia.

Jej wyobraźnia szalała, gdy pogłaskała atłasową narzutę materaca. Chciała przeżyć tu, właśnie na tym łożu jakąś ekscytującą przygodę. Zwłaszcza, że zagłówki, uchwyty i pilastry pozwalały na wykorzystanie naprawdę wielu dodatkowych erotycznych elementów, akcesoriów i dodatków.

Poczuła mrowienie pomiędzy nogami. Znowu.

Reszta sypialni była nie mniej ciekawa. Na prawo od łoża, tuż obok toaletki którą nie pogardziła by Paris Hilton, spostrzegła wejście do kolejnego przestronnego pomieszczenia.

Nieźle, pomyślała z podziwem, mamy tu własną siłownię i sprzęt do fitness. Ale, odwróciła się i spojrzała na rozległy, niczym pokład fregaty materac, to właśnie tam będziemy ćwiczyć.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone jako wymagane. *