Rozdział III
Po zjeździe z autostrady Rafał skierował samochód ku majaczącej w oddali miejskiej zabudowie Częstochowy. Jednak po zaledwie kilku kilometrach skręcił z trasy w mało uczęszczaną drogę prowadzącą na prowincję.
– Daleko jeszcze, Papo Smerfie? – zapytała Klaudia lekko się niecierpliwiąc wędrówką po labiryntach wiosek i dzikich terenów.
– Już niedaleko – rzucił obowiązkową na takie pytanie odpowiedź. – A tak na serio, to pewnie z pięć kilometrów. Nie dalej.
– Skąd znasz to miejsce? – zapytała wyjmując pomadkę z torebki celem poprawienia makijażu.
Odchyliła osłonę przeciwsłoneczną i spojrzała w lusterko. Jednak wyboista droga nie dawała większych nadziei na poprawienie konturu ust.
– Musisz jechać po takich dziurach? – zapytała patrząc na zamazującą się w wibracjach twarz, którą widziała w lusterku. – Cała się rozmażę.
– Możesz się śmiało rozmarzyć – uśmiechnął się Rafał – a później nie zapomnij podzielić się ze mną tymi marzeniami. W detalach – spojrzał na nią i nieznacznie oblizał wargi.
– Wariat – skwitowała krótko i schowała pomadkę do torebki. – Czemu wybrałeś jazdę po jakichś wertepach?
– Od tej strony nie ma innej drogi, złotko – odpowiedział rozglądając się po bokach i włączając migacz. – Przez ten kawałek trochę nas potłucze. Te dwa kilometry dziurawego, jak ser szwajcarski asfaltu leży na granicy powiatów. Czyli żaden z nich nie chcę się do tej drogi przyznać.
– Jak to? – zapytała zdziwiona Klaudia. – To co, oni map nie mają? Przecież w księgach wszystko jest.
– Nie znam szczegółów, no bo i skąd? – Rafał podrapał się w policzek. – Od szefa wiem, że walczył o to, żeby naprawili ten kawałek, bo to jedyny dojazd do hotelu od tej strony zjazdu z autostrady. Oficjalna wersja mówi, że oba powiaty muszą się zsynchronizować z budżetami, co ma się wydarzyć coś koło dwa tysiące dwudziestego szóstego. Tak przynajmniej planują. Teraz nie ma mowy jak podzielić kosztów, bo maszyna drogowa jest za szeroka, żeby tylko jedną połowę przykryć świeżym dywanikiem. Zawadzi o część sąsiedniego powiatu, a to niedopuszczalne. Izba obrachunkowa i inne bzdety. Przynajmniej tak mówią oficjalnie.
– To jest oficjalna wersja? Rozumiem. A jaka jest prawdziwa?
– Władza – odpowiedział krótko – jak zawsze. Władza.
– Czyli wyszło, jak zwykle – skwitowała. – A ten twój szef jakoś niezbyt przekonujący, bo chodząc do nich po prośbie, niczego nie ugrał. Ta droga nie widziała nowego asfaltu od czasów Gierka.
– Oj, złotko – odpowiedział z pobłażliwą manierą – znasz się na milionie rzeczy, ale na polityce się nie wyznajesz. Tu nie chodzi tylko o pieniądze, lecz o prestiż i władzę. Żadna strona się nie przyzna, bo to niosłoby za sobą długofalowe skutki polityczne.
– Może dobrze, że się nie znam – dodała, chcą kończyć ten nużący ją coraz bardziej temat. Nie miała zamiaru rozmyślać nad polityką na powiatowym szczeblu, bo głowa ją bolała od wertepów. Nie mogła pojąć, jak dwa kilometry rozwalonej drogi może wpłynąć na losy niezliczonych notabli, polityków, ich stołków i koryt, do których wpieprzyli swe zachłanne, nienasycone ryje.
– Kończąc temat – odezwał się, jakby wyczuł jej znużenie – strony nie dogadały się, a szef nie ma tyle kasy na łapówki, żeby się tym tematem zajęli politycy i podlegli im urzędasy. Ale już niedługo wybory. Jak wypieprzą tę ekipę, to nowi z radością przyjmą kopertę.
– Chyba raczej walizkę – odpowiedziała, masując skroń. – A tak na marginesie, to skąd ta pewność, że zostaną wybrani ci odpowiedni? Z nowymi też może być trudno. Lub trudniej. Wiesz, na tym szczeblu ludzie to…
– Świnie, wiem – przerwał jej. – Bo w polityce i demokracji jest tak od zawsze, kochanie. Ale zawsze wybierani są ci, którzy wybrani mają zostać. A skutkiem tego dziur przybywa, no i tłucze coraz bardziej.
– Fascynująca historia – odparła z sarkazmem. – Zwłaszcza, że wiem, że ta konkluzja, bynajmniej, nie drogi dotyczy. Ale śmiało, to takie zajmujące. – Zaszydziła trochę za mocno, ale usprawiedliwiał to ból głowy. – Opowiedz mi to jeszcze raz. Aż zaniemówiłam z wrażenia. Nie wiem, co powiedzieć, naprawdę.
– Tym lepiej, złotko – uśmiechnął się do niej – bo na tych wertepach mogłabyś się ugryźć w język. A wtedy? Strach pomyśleć. Płacz, wrzask, krew i łzy.
Takie utarczki słowne to był rytuał, który dodawał kolorytu ich relacji. Oboje znali się na tyle dobrze, że wiedzieli, kiedy nie przegiąć. Oczywiście, w towarzystwie ich docinki musiały wiele razy wyglądać tak, jakby dowalali sobie sążniste złośliwości. Prawda była jednak inna. A im samym nie chciało się tłumaczyć relacji, która ich w tej materii łączyła. I która była wyjątkowa.
Klaudia wystawiła mu zadziornie język i rozejrzała się po okolicy. Poczuła się lepiej, bo droga wyrównała się.
Obrzeża Częstochowy rozsiane były dość chaotycznymi budynkami mniej lub bardziej wiejskiej zabudowy. Tradycyjnie domostwa, przybudówki, szopy i stodoły rozmieszczono w wąskim pasie przydrożnym. Stojące tu i ówdzie otwarte budynki gospodarcze zdradzały mnogość maszyn rolniczych, szykujących się do rozpoczęcia sezonu. Wszak była wiosna. Na wiśniach bieliły się kwiaty, a trawiaste dywany łąk i poboczy żółciły się młodym mleczem, zamieszkującym połacie świeżej trawy.
Klaudia rozkoszowała się promieniami słońca prześwitującymi pomiędzy gałęziami przydrożnych brzóz. Jeszcze tydzień, lub dwa, a cała przyroda eksploduje nowym życiem.
Nowym życiem. Uśmiechnęła się do siebie samej na tę ewidentną analogię tak pasującą jej życia. Do jej obecnej sytuacji.
– Zaraz dojeżdżamy – pogłaskał ją łagodnie po ramieniu – będziesz mogła się odświeżyć.
– Co to za miejsce? Skąd je znasz? – zapytała zaciekawiona.
– To właśnie tutaj zawsze się zatrzymuję, jak przyjeżdżam do pracy do siedziby spółki – odparł zwalniając przed gromadą wałęsających się po ulicy psów – to najlepsza miejscówka w której przyszło mi nocować. I częściowo należy właśnie do spółki mojego szefa. Świetny obiekt. Jestem przekonany, że i tobie się spodoba.
– Jesteś pewny? A masz na myśli atrakcje, czy architekturę? I co ty tutaj robisz, gdy dzień pracy się skończy, co?
– A jak ci się wydaje? – Rzucił jej prowokacyjne pytanie. – Odludzie, hotel dla elity, SPA, piękne panie…
– O! Tu cię mam! – przerwała mu natychmiast z lekką nutką złości. – Pań sobie używasz, tak? Równie często jak sauny i masażu?
– Kocham cię i dlatego muszę to powiedzieć, Klaudia – pieprzysz – uśmiechnął się.
– Bylebyś ty innych nie pieprzył – dokończyła wątek.
– To ty masz zielone światło, a mnie nie wolno? Jak to? Gdzie tu równouprawnienie? – wydął wargi w geście oburzenia.
Klaudia zastanowiła się przez chwilę.
– Cholera, coś w tym jest – odezwała się zaskoczona swoim nagłym wybuchem. – To dziwne, nie uważasz?
– A co konkretnie? – zapytał zaaferowany sytuacją na drodze. Właśnie mijali jakąś szkołę, z której wysypało się stado rozwrzeszczanych dzieciaków. Rafał znacznie zwolnił i wytężył koncentrację.
– Chodzi mi o to – kontynuowała, gdy minęli newralgiczny punkt – że tobie staje na myśl, że puszczę się z innym, a mnie dopadła złość na samą myśl o tym, że mógłbyś posuwać inną kobietę.
– Po pierwsze – zaczął Rafał i nagle krzyknął – Uwaga!
Klaudię rzuciło do przodu nagłe hamowanie samochodu, a wyrzut adrenaliny wręcz boleśnie zakłuł ją w klatce piersiowej. Samochodem zatrzęsło, a pulsujący mechanizm ABS-u zakołysał całym pojazdem.
– Co się stało!? Cholera! Rafał! W porządku?– wrzasnęła, gdy auto zatrzymało się na poboczu pustej drogi.
– Kot – odpowiedział zdyszany, łapiąc oddech.
– Kot? Co kot? Jaki kot?
– Wbiegł mi przed maskę kot.
– Jaki, cholera, kot?
– Normalny – wyjaśnił. – Nie jakiś tygrys syberyjski, tylko zwykły kot.
– Niech to jasna dupa! – Zaklęła, powoli odzyskując normalny rytm oddechu. – Przejechałeś?
– Nie – uśmiechnął się do niej – uciekł.
– Chwała mieszkańcom Olimpu – odpowiedziała swoją znaną formułką, która idealnie pasowała do tej sytuacji. – Już dobrze? Jedziemy dalej? – Nie musiała pytać, ponieważ Rafał już włączał się do ruchu.
Gdy tylko oddechy i emocje się uspokoiły, zaczęli się serdecznie śmiać.
– Następnym razem, mój mężu – rozpoczęła teatralny wyrzut – uprzedź mnie zawczasu.
– A niby jak, kobieto mam cię uprzedzić zawczasu przed czymś, co zdarza się nagle? A zresztą, to twoja wina.
Z jednej strony, nie mogła nie przyznać mu racji, ale drugiej strony zauważyła ten szelmowski uśmieszek na jego twarzy.
– Moja? – postanowiła pociągnąć grę. – A niby jak? Czy to ja trzymam kierownicę? A może to ja ci tego sierściucha rzuciłam przed maskę?
– Kot nadbiegł z twojej strony. – Wydał wyrok wraz z uzasadnieniem. – Gdybyś nie rozprawiała o pieprzeniu się z innymi, tylko obserwowała okolicę, na pewno byś go zauważyła zawczasu i nas ostrzegła.
– A propos pieprzenia – szturchnęła go w ramię – to pieprzysz teraz ty. A kto to wie, gdzie taki sierściuch się chowa? Nie zmienia to jednak faktu, że faktycznie przerwał nam ciekawą rozmowę. Pamiętasz?
Rafał przez chwilę nie odpowiadał. Oczywiście, że pamiętał wszystko, ale nie był pewien, czy kontynuować ten wątek. Trochę się obawiał, że rezultatem tej rozmowy może być coś, czego nie przewidział. Coś, czego jego plany nie uwzględniały. Kochał żonę i nie chciał jej oszukiwać. Mógł nią grać, kusić i wodzić za nos. Lub na pokuszenie. O ile mieściło się to w ramach całej zabawy. Nie chciał jednak w żadnym wypadku składać deklaracji, które kolidowały by z jego planami odnośnie ich wyjazdu. Jedno słowo mogło przekreślić całość. A przecież wszystko już było pieczołowicie przygotowane. Taką miał przynajmniej nadzieję. Niespodziewane wątpliwości i obawy Klaudii odnośnie jego roli w tej całej zabawie mogły cóż, delikatnie mówiąc, spieprzyć wszystko. Postanowił odwrócić pytanie.
– Rozmowę pamiętam – odparł pospiesznie, jakby chciał zakończyć temat – a raczej jej koniec. Chyba. Bo chyba skończyliśmy. Zresztą, zaraz dojeżdżamy. Widzisz tę dróżkę w las? To ostatnia prosta.
Klaudia nie dała się zbyć. Od razu wyczuła, że coś jest na rzeczy. Jej małżonek wyraźnie unikał tego tematu. Tematu, o którym nigdy nie rozmawiali. Cała przygoda od początku kręciła się wokół jej potrzeby nowych doznań. Nie było w ogóle rozmowy, która mogła by dotyczyć bezpośrednio jego i jego potrzeb. Postanowiła, że nie odpuści i musi z nim na ten temat porozmawiać. Ale najpierw wszystko przemyśli na spokojnie. Może w saunie lub jacuzzi. Zresztą, już skręcili w nowo wyasfaltowaną drogę, która wiodła ich przez rzadki las świerkowy. Po kilkuset metrach dojechali do wkomponowanej w wielki mur bramy wejściowej. Mur, jak zauważyła Klaudia ciągnął się w obie strony: na południe, obok drogi, którą jechali oraz na północ, by zniknąć w zagajniku pełnym młodych dębów i grabów.
– To duża posiadłość? – zapytała wyraźnie zaintrygowana.
– Całkiem spora. – Rafał postanowił pochwalić się znajomością terenu. – Nie wiem dokładnie, ale chyba pięćdziesiąt hektarów. A może jeszcze więcej? – zamyślił się. – Chyba więcej. Za każdym razem, jak tu przyjeżdżam, szef chwali się, że zakupił nowe tereny na zachód granicy, jak on to nazywa: hrabstwa.
– Zwykły hotel i taki obszar? To chyba marnotrawstwo przestrzeni?
– To nie jest zwykły hotel, kochanie. – Wystawił palec do góry i rozpoczął prezentację, niczym wytrawny sprzedawca. – Hotel Eden to wyjątkowe miejsce dla specjalnej klienteli, która ceni sobie spokój, dyskrecję, doskonałe warunki wypoczynkowe. A do tego – zaczął wyliczać rozprostowując kolejno palce – intymność, klimat, luksus, towarzystwo i oczywiście interesy. Wielkie interesy. Zdajesz sobie sprawę, jakie sojusze są tu zawierane? Rezultaty dokonywanych przy szklance koniaku lub partyjce golfa umów są rozgłaszane w ogólnokrajowych mediach. I mają wpływ na każdego z nas.
– Cholera – gwizdnęła Klaudia – z kim ty się zadajesz? Z mafią?
– No co ty? – parsknął. – To tylko solidni biznesmeni, politycy, hierarchowie kościelni i oficjele. Zwykły turysta nie ma tu wstępu. – Zamilknął i po chwili zastanowienia dodał z tajemniczą i poważną miną. – No tak. Politycy i hierarchowie. Czyli jednak tak, masz rację, kochanie. Trafiłaś w sedno. Mafia też. I to chyba ta najgorsza. Ale nie musisz się obawiać. Czytałaś Davida Morrela „Bractwo róży” – najlepiej było mu nawiązać do klasyku szpiegowskiej sagi, którą jego żona znała. – To miejsce jest traktowane trochę, jak sanktuarium. Na terenie nawet zwaśnione czerwone, czarne lub żółte rodziny nie wchodzą sobie w paradę. Tu się odpoczywa i robi interesy.
– Jasna cholera! Widzę, że dyskrecja jest tu traktowana poważnie – odparła spostrzegawczo wskazując na ciągnącą się za poboczem ceglaną, prawie trzymetrową ścianę z cegieł.
– Mur jest tylko w bardziej oficjalnej części – wyjaśnił. – Zresztą nie objechałem całego terenu. Jest zbyt duży. Nie miałem czasu, bo…
– Używałeś pięknych pań, tak? – przerwała mu. – I dlatego byłeś zajęty?
– Gadasz głupoty, dziewczyno – Rafał wyraźnie się zaniepokoił. Postanowił, że musi coś zrobić z tymi niekontrolowanymi napadami zazdrości – ja tu pracuję. To znaczy, nie tylko tu. Ale również tu.
– Co masz na myśli, kochanie? Co chcesz mi powiedzieć?
– To – zaczął wyjaśnienia, uważając na każde wypowiedziane słowo – że mój szef jest współwłaścicielem tego obiektu. Ma w nim sporo udziałów, które dają mu potężny zastrzyk gotówki. Plus znajomości i koneksje. Rozumiesz. Jak pracuję dla niego, siedzę w apartamencie i zarabiam pieniądze. Dla koncernu. Dla niego. I, oczywiście, dla nas.
Rafałowi wystarczył rzut oka, by zrozumieć, że się uspokoiła. Nie był pewien czy to za sprawą jego tłumaczenia, czy zachwytu, jaki wywołał na niej widok doskonale utrzymanych terenów zielonych, nasadzeń i przemyślanej organizacji architektury krajobrazu.



Zostaw komentarz