Tak naprawdę Klaudia już od przekroczenia bramy coraz słabiej słuchała męża, będąc zdecydowanie bardziej zafascynowana otoczeniem. Po minięciu głównej bramy wjechali na żwirowaną alejkę, obsadzoną wiekowymi dębami. Poskręcane konary wiły się nad jej głową dając prześwit błękitu nieba, migoczącego między gałęziami. Teren był wręcz ogromny, a przestrzeń trawników, klombów, alejek i skałek zachwycały doskonałą harmonią, która mogła zrodzić się wyłącznie w umyśle genialnego architekta przestrzeni. Ukształtowanie terenu nadawało falujący charakter dywanom traw, kwietnych łąk i ścieżek upstrzonych co rusz rzeźbami alpów, gryfów i zmysłowych nimf. Na tym rozpostartym terenie mnóstwo było zakamarków ukrytych za żywopłotami, zagajnikami lub płotami z białych desek. Cudowność miejsca oczarował ją. Zrozumiała, że każdy na jej miejscu mógłby z czystym sercem przyznać przed samym sobą, że odkrył swoje drugie miejsce na ziemi.
Alejka skręcała za wysokim na kilkanaście metrów ostańcem granitów i kierując się na południe otwierała widok na główny budynek hotelu. Hotelu lub, jak go określił Rafał – sanktuarium. Szpalery nasadzonych drzew o poskręcanych gałęziach nadawały wysypanemu rzecznym żwirem podjazdowi magiczny charakter. Koła szumiały na kamykach, gdy bryła hotelu rosła im w oczach.
Główny budynek miał trzy piętra. Od jego oszklonych fasad i okien odbijał się blask słońca, które kładło się świetlistymi plamami na rondzie podjazdu, i wielkim wielopiętrowym klombie w jego centrum. Klaudia od razu zauważyła, że prawe skrzydło jest połączone z sąsiednim budynkiem przęsłem z mlecznego szkła. Z całą pewnością był to łącznik pomiędzy hotelem, a strefą SPA.
– Całkiem przyjemny budyneczek – zagaiła, zwracając się do męża parkującego tuż obok schodów prowadzących do wejścia.
– Naprawdę bardzo trudno ci zaimponować – odparł Rafał, gasząc silnik – to, co widzisz tutaj, ten nowoczesny główny gmach to tylko jeden z wielu wyjątkowo ciekawych i fascynujących miejsc, w których naprawdę można się rozerwać i odpocząć.
– Rozerwać, powiadasz? – puściła mu oczko. – Na to liczę.
– Słusznie, bo ja za godzinę muszę być w rezydencji szefa, więc ty zostaniesz tutaj sama – natychmiast dodał, widząc skrzywioną minę żony – nie martw się. Nawet nie zauważysz, ze mnie nie ma.
Wysiedli z auta. Klaudia mogła dokładniej przyjrzeć się głównej fasadzie budynku, która doskonale łączyła nowoczesny, praktyczny styl i ponadczasową elegancję. Detale wykończenia, wystroju i użytych materiałów przyjemnie cieszyły oko. Miało się wrażenie, że cały budynek jest, jak to w myślach określiła Klaudia – ciepły. I miękki. Oczywiste skojarzenie od razu pojawiło się jej w głowie.
– To idealne miejsce na to, aby nakręcić jakiś hollywoodzki film romantyczny – wzięła męża pod ramię i wskazała ręką odległy fragment ogrodu. – Tam, widzisz? Pod tamtym drzewem Hugh Grant mógłby kołysać na zielonej huśtawce Julię Roberts. A później mogliby się całować na tamtej ławeczce pod kwitnącymi magnoliami.
– Tak to widzisz? – zapytał wyraźnie rozbawiony Rafał. – Po pierwsze, Grant to już prawie dziadek, więc dziwne masz preferencje. A o tej brzyduli nawet nie wspomnę. Toż to karykatura kobiety.
Rafał od zawsze uważał, że ta aktorka jest po prostu brzydka. Dlatego Klaudia wybrała na tę opowiastkę właśnie nią. Po chwili zdegustowane wargi jej męża uśmiechnęły się ponownie.
– A zresztą. Przecież im nie zabronię. Ale gdyby nagle chcieli skoczyć na numerek? Zanim dobiegli by stamtąd do pokoju, to ochota by im przeszła.
– Co ty opowiadasz? – skarciła go. – Przecież mogła by nie zakładać bielizny i huśtać się w kusej sukience. Wiatr podwiewałby jej to, co konieczne, aby ukazać samo sedno.
Rafał pokiwał z uznaniem nad kunsztem planowania, co do którego jego żona miała wyraźny talent.
– A później nie musieli by nawet iść do hotelu. Wystarczyło by – wskazała na dalszy fragment ogrodu – aby pobiegli tam. O, widzisz? O tam, za te żywopłoty. W tamtym uroczym zakątku Julia bezceremonialnie mogła by przelecieć Granta.
– Tam? – Rafał wytężył wzrok, aż zmarszczył czoło. – Kiepski pomysł. To aromatyczne miejsce. – Klaudia rozszerzyła oczy ze zdumienia, nie rozumiejąc, cóż takiego miał na myśli. Pospieszył z wyjaśnieniem. – Za tą ścianą z żywotnika jest stadnina. Wiele koni tam faktycznie stoi, ale Grantowi w towarzystwie trzymanych tam ogierów, jego własny by się nie podniósł. Zwłaszcza w obecności tej maszkary.
– Ale to już rola Julii, żeby kutas Granta stał na baczność, aż jej się… – nagle złapała mocno za ramię męża i mocno potrząsnęła. – Mają to konie? – jej oczy zaświeciły radością.
– O tak – odparł dumny z siebie za to, że trafił z niespodzianką – i to nie byle jakie. Dwanaście ogierów i klaczy, specjalnie szkolonych do przyjemnych wędrówek po okolicy. Jeżeli masz okazję dosiąść prawdziwego ogiera, ten już na ciebie czeka.
– Naprawdę? – zauważył, że chyba jej oczy się zaszkliły. – Uwielbiam konie. To cudowne stworzenia.
Na tę od zawsze znaną fascynację żony nic nie odpowiedział. Zatrzasnął drzwi i skierował się w stronę głównego wejścia, prowadząc żonę za rękę. Cieszył się, że trafił z niespodzianką, chociaż planował powiedzieć jej o tym później.
Weszli na schody prowadzące do głównego wejścia. Wchodząc do środka, Klaudia wykręciła tęsknie głowę w kierunku stadniny.



Zostaw komentarz